2/24/2013

Uwodzicielski gabinet kolekcjonera. Vivat nieintencjonalna polifoniczność muzeów prywatnych cz. IV

Marian Pietrzak w swoim Muzeum Skansenie Regionu Sokołowskiego

Muzeum to teatr z niemymi (w sensie werbalnym) aktorami, martwa pantomima przedmiotów. Muzeum naukowe jest miejscem zorganizowanym, „obliczonym”, wszystko działa zgodnie z określonymi procedurami. Ekspozycja muzealna w takim muzeum powstaje zawsze jako wynik koncepcji zawierającej naukowe przesłanie, jako narracja określonego tematu lub estetyczna wykładnia. Przestrzeń jest zawsze zorganizowana, eksponaty poddane uprzednio konserwatorskim zabiegom - i tu są dwie szkoły i odmienny rezultat zabiegów: obiektom przywraca się pierwotny blask lub zachowuje ich „ostatnie tchnienie”, stan zbliżony do ostatniego momentu swojego prawdziwego życia. Po zabiegach „kosmetologicznych”, gotowe do pokazu, ułożone wg przyjętego porządku grają jak niemi aktorzy w muzealnym spektaklu, powstałym na kanwie scenariusza tej wystawianej „sztuki”.
Fragm.ekspozycji w Muzeum Skansenie Ziemi Sokołowskiej
Fragm. ekspozycji w Muzeum Chleba w Warszawie
Z kolei może „niedokomponowana rzeczywistość”[1] (w sensie aranżacyjnym) ekspozycji w muzeach prywatnych jest „do bólu” autentyczna. Złożona ze „wszystkiego”[2], jako „substytut życia” nie udaje i nie gra. Nie zawsze też obiekty poddane są zabiegom konserwatorskim, a jeśli już, konserwacja bywa czasami rozumiana w specyficzny sposób, najczęściej odbywa się zgodnie z wiedzą właściciela, który stara się by obiekty prezentowały się „ładnie” i nie postępowała ich degradacja.[3]. Ale wszystkie przedmioty, mimo, iż przeniesione z „dawnego” życia do nowego, do innego i „obcego” miejsca, przez brak skodyfikowanego muzealnego „rytuału przejścia” – pozostają nadal sobą. Taka ekspozycja, złożona z przemieszanych – czasami z różnych porządków przedmiotów, trochę „na wzór” gabinetu osobliwości jest wielotematyczna. Nie ma tu „jednego” porządku, „jednej” myśli, nie ma jedynego „słusznego” przekazu i jedynej „słusznej” interpretacji. Tym samym, jakby niechcący, wpisuje się w nurt muzeum polifonicznego, muzeum wielogłosowego, opowiadającego o jakiejś rzeczywistości, a właściwie rzeczywistościach, bez jednej wykładni, jednego sposobu tłumaczenia świata. W takim muzeum to widz sam tworzy tę narrację korzystając z napotkanych punktów zaczepienia. Nie jest prowadzony przez jedną „słuszną” opowieść. Tak też dzieje się w muzeach prywatnych – zbieracz nie narzuca nam swojego głosu. Przedstawia swoją historię, ale pozostawia wolność reinterpretacji. Bo z założenia wiemy, że – i tutaj z całym szacunkiem, ale zbieracz jest w pewnym sensie „amatorem” (choćby miał olbrzymią wiedzę z danego zakresu, np. Państwo Zaniewscy z Muzeum Oręża i Techniki Użytkowej odnośnie broni i innych dziedzin, lub tak jak pan Marian Pozorek z Muzeum Chleba, który jest piekarzem-praktykiem), nie jest wykwalifikowanym kustoszem, który posiada odpowiednie przygotowanie zawodowe. Nie jest kulturowym interpretatorem. O ile słowa kustosza w muzeum są w pewnym sensie „święte” (i taka „wyższość” słusznie bywa postrzegana negatywnie[4]), to słowa kolekcjonera z muzeum prywatnego są po prostu DANYMI nam słowami. Taki kontakt daje nam pewien „luz”, dostajemy informacje, które możemy przetworzyć, zinterpretować na nowo, bez zastanawiania się czy odczytaliśmy właściwie intencje realizującego wystawę autora.
Fragm. ekspozycji w Muz. Chleba
Profesjonalne wystawy muzealne- to wiemy – są organizowane wg obranego konceptu, kieruje nimi określona idea, pomysł, którą autor wystawy chce w niej zawrzeć i pragnie, żeby ta jego myśl mogła być przez odbiorców odczytana. W muzeum prywatnym – odbiór wystawy to nasza autonomiczna interpretacja, podobnie jak autonomiczna jest relacja kolekcjonera. Muzeum „nienaukowe” pozostawia nam wolność jego reinterpretacji. Nie musimy łamać sobie głów nad przeintelektualizowanym przekazem na niektórych wystawach w muzeach naukowych. W polifonicznym przekazie ekspozycji muzeum prywatnego na pewno każdy znajdzie treści dla siebie.
Na koniec cytat, zapytany o różnicę pomiędzy wystawami w muzeach prywatnych a „nieprywatnych” zapytany skonstatował: (...) wolę taki bałagan, który pokazuje, że dla twórcy wystawy najważniejszy był przedmiot. Jest to przeciwieństwo wystaw profesjonalnych, w których często przebija ego twórców. Czyli rysuje mi się taka opozycja: wystawy przedmiotocentryczne vs wystawy egocentryczne twórców.[5] Vivat więc muzea prywatne, gdzie miłujący swe zbiory właściciele potrafią DAĆ nam przedmiot tak, żeby BYŁ. KAŻDY. Bo każdy potencjalnie może być tym, który do nas przemówi. Vivat !!!
Fragm. ekspozycji w Muzeum Skansenie Regionu Sokołowskiego
[1] To określenie pozbawione jest pejoratywnego wydźwięku, doskonale wiadomo, że ekspozycje w muzeach prywatnych są bardzo zróżnicowane i wszystkie traktowane są przeze mnie jako punkt wyjścia do krytycznych (analitycznych) rozważań, ale bez krytyki (surowej i negatywnej oceny)
[2] W większości muzeów prywatnych większość zbiorów prezentowana jest na ekspozycji
[3] Kwestia konserwacji obiektów bywa rozwiązana różnie w muzeach prywatnych – od sytuacji wzorcowych, (np. w Muzeum Drukarstwa w Grębocinie, gdzie właściciel jest z wykształcenia konserwatorem) do sytuacji rozwiązań indywidualnych, nie zawsze zgodnych z konserwatorskimi standardami, ale nie jest to absolutnie zarzut do właścicieli – sam sposób konserwacji i radzenia sobie z problemem zabezpieczenia obiektów jest bardzo ciekawym tematem
[4] Odniesienie do postawy niektórych kustoszy, którzy „wiedzą lepiej”, nie potrafią przyznać się do błędów. Wywiad z Iwoną i Pawłem Zaniewskimi, Muzeum Oręża i Techniki Użytkowej w Kobyłce
[5] Informator nieznany

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza