1/28/2013

Uwodzicielski „gabinet kolekcjonera”



Jaka jest pierwsza nasza myśl, kiedy wchodzimy do muzeum prywatnego ? Wydaje nam się, że znaleźliśmy się w składowisku lub na strychu. Niektórzy zwiedzający, niektóre muzea prywatne określają wręcz jako „rupieciarnie”, „graciarnie”. Ale przecież tak nie jest wszędzie. W przypadku muzeów prywatnych ta generalizacja nie działa. Bo są także muzea zorganizowane wg określonej koncepcji, które mają przemyślane ekspozycje (i tu mamy doskonałe przykłady – Muzeum Chleba pana Mariana Pozorka, czy Muzeum Diabła Polskiego pana Wiktoryna Grąbczewskiego, który zorganizował ekspozycję regionalnie odnosząc się do podziału Oskara Kolberga).


Może u niektórych pojawi się z kolei skojarzenie z „gabinetem osobliwości”. Jak pisze Adam Mazur w komentarzu do wystawy Nicolasa Grospierre’a („Kunstkamera”, CSW 2009) „Gabinety sztuki, gabinety kolekcjonerów nie tyle odeszły w przeszłość, co uległy znaczącej modyfikacji (...) Zmarginalizowane przez służące oświeceniu społeczeństwa nowoczesne instytucje (jak np. muzeum), intrygują swoim autorskim, wręcz amatorskim charakterem, pozorną przypadkowością. Wg Mazura Kunstkamera (...) to nie tyle instytucja pożytku publicznego, co raczej otchłanna przestrzeń zbioru doświadczeń, kolekcji rzeczy, wspomnień, obrazów, prawdziwe – mise-en-abyme.”, (jako autotematyczna opowieść niej samej). Te słowa odnoszące się do instalacji Grospierre’a Kunstkamera, bardzo trafnie wg mnie oddają ducha muzeów prywatnych. Muzeum prywatne, zarówno to wpisane do rejestru, jak i nie, jest gruntem autonomicznym ze swoim własnym czasem, rytmem, doświadczeniem, po prostu własnym życiem, w którym odzwierciedla się życie jego właściciela. Dariusz Czaja we wstępie do „Rzeczy” z fotografiami Andrzeja Kramarza [1]pisze „(...) Przypadek pozwala się spotkać wszystkiemu ze wszystkim. Nie ma takich dwóch obiektów pochodzących z całkiem odległych rzeczywistości, których by nie można (...) położyć obok siebie.” (...) Trochę to może „archipelag rzeczy osobliwych”[2] Nie wdając się tutaj w głębokie rozważania – historia prezentowana w muzeum prywatnym jest jego własną, objawianą na swój sposób historią.

Co jeszcze możemy poczuć trafiając do muzeum prywatnego ? Mamy tu wykładnię horror vacui, jesteśmy w otchłani zalewających nas przedmiotów, sami nie ogarniemy tej przestrzeni. Potrzebny jest człowiek – dysponent zbioru, autor kolekcji i zarazem ekspozycji, który nam „zgotował” tę ucztę. Jak mówi Kuśmirowski[3] to. „Obecność człowieka powoduje, że wszystko, co sztuczne i wykreowane zaczyna być autentykiem”. To człowiek – kolekcjoner wraz ze swoją kolekcją tworzy tę przestrzeń, bez niego ekspozycja jest niema (i nie chodzi tu o brak, bądź obecność podpisów do eksponatów, które nawiasem mówiąc - w części muzeów są, w innych ich brak). Tworzą jakby jeden organizm, specyficzny byt. Tylko w obecności kolekcjonera jesteśmy w stanie PRAWDZIWIE odczytać dane muzeum prywatne (i tak też zawsze właściciele oprowadzają po swoich muzeach, właściwie indywidualne zwiedzanie nie występuje, czasami w tej roli pojawiają się żony). Właściciel czuje i wie, że muzealna opowieść jest JEGO opowieścią, że zgromadzone w kolekcji rzeczy przemawiają przez niego, on jest jakby ich głosem. I tylko on, właściciel, dysponując swoim wyjątkowym zbiorem, układa z niego swój „gabinet” wyłącznie wg własnego niepowtarzalnego „przepisu”. Przepisów jest tyle, ilu kolekcjonerów/właścicieli muzeów prywatnych. A oblicze każdego wypełnionego osobliwościami „gabinetu kolekcjonera” jest INNE, nic nie powtarza, nie stanowi kalki, nawet jeśli próbuje naśladować. Zabiera nas do swojego świata, świata w którym panuje: zdziwienie i zachwyt, gdzie nie sposób odrzucić emocje... Jeśli się temu poddamy ten świat (rzecz jasna wraz z nieodłącznym właścicielem) nas uwiedzie.


[1] D. Czaja, Wstęp do: Rzeczy, Kraków 2008
[2] ibidem
[3] Robert Kuśmirowski, Masyw kolekcjonerski, Kraków 2008

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza